I nie tylko – czyli wszystko dla dziecka

Tomasz Tomaszczyk        24 sierpnia 2016        Komentarze (0)

Napiszę o czymś, co przy okazji różnych spraw rodzinnych nie raz wypływa, a mnie osobiście bardzo irytuje.

Mama i tata już się nie kochają. Życie. Lądują w sądzie – kontakty, alimenty no i wisienka na torcie – podział majątku. Oczywiście dziecko ma zostać z mamą. I tutaj część (podkreślam część!) mam zaczyna schodzić na ścieżkę „wszystko dla dziecka”.

Przy kontaktach wszystko na nie. Ona nie czuje się bezpiecznie, bo nie ufa ojcu dziecka. Z którym dziecko do niedawna przebywało na co dzień. Nie ufa i już. Na pewno zrobi krzywdę. A jak nie zrobi, to dzieckiem będą się tak naprawdę zajmować dziadkowie. A to źle, bo to nie on. Choć jak on to też źle, bo jemu nie ufa itd.

Przy alimentach – wiadomo. Wszystko dla dziecka. Kurtkę skórzaną sobie kupił drań, to ma pieniądze, więc może dwa i pół tysia płacić (autentyk z jednej rozprawy;-).

Podział majątku – to samo. Nie powinno być spłaty z mieszkania, które jest jedynym składnikiem majątku wspólnego, bo przecież będzie tam mama z dzieckiem mieszkała, a wszystko dla dziecka. Chcemy cokolwiek dla siebie zachować, to tak jakbyśmy mamę i dziecko żywcem ze skóry mieli obedrzeć. Zero zastanowienia, że jeszcze kredyt jest, czy że zasadniczo to każde powinno dostać połowę tego, czego się wspólnie dorobili. Bo jak mama dostaje, to jakby dostawało dziecko, bo ona dziecku da, a ojciec to nie wiadomo.

Na jaki temat by się nie rozmawiało, dla matki dziecko staje się tarczą, którą można ojca okładać. Jej się wszystko należy, bo dziecko z nią zostaje, a jego dobro jest najważniejsze. Amen.

Żeby jeszcze te erupcje tylko na i pod salą występowały. Ale klient mówi, że dziecko podczas spotkania pyta się, dlaczego na nie tata nie płaci (nie pomaga tłumaczenie, że przecież płaci, bo mama powiedziała, że nie) albo dlaczego mamie i jemu mieszkanie chce zabrać (i jak tu 4 latkowi wyjaśnić, że trzeba sprawy z kredytem jeszcze załatwić, i że mamy zwyczajnie na to nie stać?). Mama powiedziała i już.

W tych warunkach ciężko o zimną krew. Ja mogę spokojnie trzymać się tematu, zwracać uwagę, że rzeczywistość trochę inaczej wygląda i nie można wszystkiego odczytywać jako aktu złej woli i braku troski o własną latorośl. Ale nie raz widzę, że w kliencie aż się gotuje, jak po raz kolejny słyszy, że mu na dziecku nie zależy, bo nie spełnia wszystkich żądań. Choć w duchu sobie myślę – i po co ten cały cyrk? A klienta po raz kolejny uwrażliwiam, żeby na zaczepki nie reagował i sam szykuję stosowną replikę…

Premia uznaniowa

Tomasz Tomaszczyk        16 sierpnia 2016        Komentarze (2)

No i udało nam się zostać tym odnoszącym sukcesy pracownikiem korpo. Wynegocjowaliśmy dobre warunki umowy o pracę. Pakiet medyczny, samochód służbowy, Multisport, całkiem przyzwoita podstawa. No i najlepsze ze wszystkiego – system motywacyjny. Dostajemy go w formie ciekawej prezentacji. Uwzględnia wszystko – i wynik działu, całej firmy, a także naszą ocenę roczną.

Pracujemy i pracujemy, sukces goni sukces. Pierwszego roku zgarnęliśmy niemal najlepszą notę. Kolejnego roku powtórka. Premie okazują się wystarczające, aby każdorazowo pokryć zakup średniej klasy samochodu segmentu D. Dostrzegają to headhunterzy, więc dostajemy pod koniec trzeciego roku pracy ofertę pracy, która jest logicznym krokiem w naszym dalszym rozwoju. Więc jeszcze ocena roczna (znowu bardzo dobry wynik) i składamy wypowiedzenie.

Nasz przełożony rozumie, że musimy się rozwijać. Na koniec spotkania rzucamy więc tylko pytanie, kiedy rozliczymy premię? I tutaj zonk. Dowiadujemy się, że premia nam się nie należy, bo odchodzimy z pracy. No tak, ale rok przepracowany, a w prezentacji jak wół napisane, że jak zrobimy to i tamto, będzie wynik działu, firmy no i ocena, to należy się nam tyle a tyle. Nawet symulacje na początku roku były.

Nasz wkrótce były przełożony spokojnie odpowiada, że prezentacja sobie, to taki dokument wewnętrzny i obecny tyko w wersji elektronicznej, a w regulaminie wynagradzania, jaki obowiązuje w polskim oddziale, którego jesteśmy pracownikiem, jest zapisane, że premia ma charakter uznaniowy, więc skoro odchodzimy, to nie zostanie w naszym przypadku podjęta.

Co robimy? Z niedowierzaniem szukamy tego całego regulaminu. W kadrach dają kopię. Jest tam faktycznie taki paragraf, o którym mówił nam szef i nic więcej. Żadnego odwołania do prezentacji, w oparciu o którą mogliśmy kupić już dwa przyzwoite auta. Czujemy się oszukani i na dobrą sprawę okradzeni z tego, co w naszym przekonaniu wypracowaliśmy.

Nasze odczucia są jak najbardziej słuszne. Nie ma bowiem czegoś takiego jak premia uznaniowa. Albo jest premia,
i tą dostajemy, po spełnieniu określonych przez pracodawcę kryteriów, albo nagroda, którą dostajemy po tym jak pracodawca dostrzeże nasze osiągnięcia i postanowi wykazać się za to gestem.

Pozostaje więc nam udać się do sługi szatana, znaczy się nawiązać bliższy kontakt z którymś z przedstawicieli zawodu zaufania publicznego. Czasami wystarcza samo wezwanie do zapłaty. A jak i to nie okaże się skuteczne to pozew do Sądu Pracy. Bo pracodawca może nam coś przyznać nie tylko na papierze ale również w formie dowolnej, także w formie prezentacji elektronicznej. I w takiej sytuacji jak opisałem powyżej są raczej powinien uznać, że mieliśmy zwykła premię regulaminową, a ponieważ spełniliśmy kryteria, to zapłata się należy. Raczej – bo sądy potrafią czasem dokonać interpretacji wszystkiego wręcz w oparciu o wpływy promieniowania kosmicznego. Ale to już temat na zupełnie inne rozważania…

A może walnąć to wszystko i w Bieszczady?

Tomasz Tomaszczyk        10 sierpnia 2016        Komentarze (1)

Pogoda barowa, ale Ci którym nie było to dane, marzą o urlopie. Jak w tym dowcipie, gdzie puenta na końcu sugeruje, aby dać sobie ze wszystkim spokój i jednak udać się w Bieszczady. A tu jak zawsze – idziemy po podwyżkę – nasza praca jest nieważna. Chcemy urlopu – firma bez nas się zawali.

Niby mamy te 26 dni urlopu i nawet jakiś zaległy z zeszłego roku, tylko szefostwo odmawia zgody. Nawet ma planowany. Bo plan urlopów to oczywiście co roku jest robiony i wtedy nawet ktoś się Ciebie pyta, kiedy na te dwa tygodnie nieprzerwanego odpoczynku chcesz jechać.

Albo inna sytuacja – dochodzimy jednak do wniosku, że zmęczeni nie jesteśmy i nie bierzemy tego urlopu. A kadrowa dzwoni, że musimy iść, bo już się nazbierało i ona może mieć problem.

I tutaj tkwi clou całej sprawy. Urlopu może nam być udzielony, a my możemy o niego zawnioskować. Zmusić się do tego nie da. Więc jak się z pracodawcą nie dogadujemy to z urlopu nici. Nawet z tego na żądanie. Oczywiście poza sytuacją kiedy jesteśmy na wypowiedzeniu. Wtedy mogą nas wysłać przymusowo na urlop, aby nie płacić ekwiwalentu z niewykorzystany. My możemy zawsze wtedy zachorować i z urlopu nici…;)

Rozstania nadszedł już czas

Tomasz Tomaszczyk        04 sierpnia 2016        Komentarze (1)

Najbardziej martwimy się sytuacją kiedy to z nami ktoś chce się rozstać. Jednakże podobnie kłopotliwa jest sytuacja kiedy to my znaleźliśmy nową miłość i chcemy się jak najszybciej uwolnić;-).

Zapominamy, że faktycznie jesteśmy częścią firmy, a pracodawca związał się z nami nie ze względu na naszą cudowną osobowość, ale dla tego, że wnosimy istotny wkład do działania firmy i zastąpienie nas nie jest proste. A tu minęło nam trzy lata stażu pracy i mamy trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Dodatkowo okazja pojawiła się na początku miesiąca, więc ponieważ okres wypowiedzenia kończy się z ostatnim dniem ostatniego miesiąca, to muszą czekać na nas niemal cztery… I nie chcą, bo w nowy miejscu potrzebni jesteśmy już, natychmiast!

I co tu robić? Jeśli po prostu uciekniemy, pracodawca może wręczyć nam dyscyplinarkę, za porzucenie pracy. Jeśli napiszemy, że rezygnujemy natychmiast – będzie to skuteczne ale pracodawca może nas pozwać o odszkodowanie w wysokości naszego wynagrodzenia za okres wypowiedzenia.

I tak źle, i tak nie dobrze. Więc pozostaje jak zawsze droga białego człowieka – czyli dogadać się. Obiecujemy, że przeszkolimy szybko kogoś na nasze miejsce ale niech skrócą okres wypowiedzenia do miesiąca. Albo jeszcze lepiej niech zwolnią nas z obowiązku świadczenia pracy.

Pracodawca bowiem wie, że z niewolnika nie ma pracownika. I na samą wieść, że chcemy odchodzić zaczyna się w nim rodzic paranoja, czy na do widzenia czegoś nie odwiniemy…

 

Jak bardzo po pracy jesteśmy po pracy

Tomasz Tomaszczyk        01 sierpnia 2016        Komentarze (4)

Niedawno znajomy, pracownik warszawskiego Mordoru, zwrócił się do mnie z zapytaniem, co mu pracodawca może zrobić za wypowiedzi na forum internetowym.

Targają nim namiętności polityczne i społecznikowskie. Przy jakiejś okazji namiętności okazały się zbyt silne i wdał się w bardzo ostry spór w internetach. A ponieważ niezbyt pilnował swojej prywatności, jakiś życzliwy wyśledził firmę w jakiej pracuje i wysłał screenshoty „debaty” do pracodawcy, z zapytaniem, czy firma utożsamia się z wypowiedziami pracownika.

Zrobiła się z tego mała afera. Pracodawca nie chciał być kojarzony z niczym kontrowersyjnym, więc otarło się nawet o sugestię, że dobrym rozwiązaniem byłoby rozwiązanie stosunku pracy. Szczęśliwie sprawę udało się załagodzić. Jednakże pojawiło się pytanie, czy pracodawca może mieć do nas pretensję za to co robimy po pracy?

Odpowiedź niestety jest twierdząca. Przyczyna wypowiedzenia umowy o pracę musi być tylko rzeczywista i konkretna ale nie musi mieć doniosłego znaczenia. Pracodawca ma prawo prowadzić określoną politykę wizerunkową i nie chcieć współpracować z osobami których odbiór społeczny jest sprzeczny z tym wizerunkiem. Oczywiście jeżeli nie kłóci się z to z zakazem dyskryminacji ze względu na płeć, wyznanie, orientację seksualną itp. Z byciem kontrowersyjnym i niepoprawnym politycznie trzeba więc uważać. Mamy od Boga daną wolność słowa i zdrowy rozsądek, który powinien podpowiadać nam najwłaściwszą formę jej realizacji, zwłaszcza bez konieczności uciekania się do argumentów ad personam;-).