Kiedy przywilej staje się problemem

Tomasz Tomaszczyk        21 września 2016        Komentarze (0)

Ustawodawca dawno temu postanowił zadbać o pracowników zbliżających się do końca kariery zawodowej. I tak narodził się artykuł 39 kp – „pracodawca nie może wypowiedzieć umowy o pracę pracownikowi, któremu brakuje nie więcej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego, jeżeli okres zatrudnienia umożliwia mu uzyskanie prawa do emerytury z osiągnięciem tego wieku„.

W teorii piękna sprawa. Wiadomo, że starsi pracownicy z wiekiem mogą robić się mniej mobilni i warto im zapewnić spokojne dotrwanie do samej emerytury. Tylko każda akcja rodzi reakcję. Reakcją pracodawców jest strach, przed posiadaniem niezwalnialnego pracownika.

I tak oto co jakiś czas ląduje u mnie Pani lub Pan, w wieku tuż przedpoborowym, z wypowiedzeniem dość długim i zawierającym całą litanię mniejszych lub większych przewinień, które przydarzyły się na przestrzeni ostatniego roku wszystkim ich współpracownikom, a tylko u nich skutkowało to zwolnieniem.

W takim przypadku gorąco namawiam do złożenia odwołania do Sądu Pracy. Drobne pomyłki, które spotykały wszystkich pracowników, nie zostaną uznane za rzeczywistą i konkretną przyczynę odwołania. Mamy więc duże szanse na przywrócenie do pracy. A kiedy już wrócimy, z uwagi na czas trwania postępowania, będziemy mogli spokojnie doczekać emerytury na naszym starym miejscu pracy.

Jeżeli jeszcze ktoś z naszych współpracowników potrafi potwierdzić, że pracodawca pozwalał sobie na uwagi, że pracuje z geriatrią (autentyk!), czy, że trzeba odmłodzić zespół, to nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości co robić.

Przyszła mama idzie do pracy

Tomasz Tomaszczyk        16 września 2016        Komentarze (0)

Jak ZUS kwestionuje umowę o pracę przyszłej mamy pisałem już kilkakrotnie, m.in. tutaj. W ogromnym skrócie, nasz pożeracz składek wychodzi z założenia, że kobieta w ciąży, albo planująca ciążę, zatrudnienia znaleźć nie może. Nawet jeżeli wcześniej odnosiła znaczne sukcesy zawodowe, sama myśl o potomstwie ma sprawiać, że z dnia na dzień staje się ona niezatrudnialna.

Od decyzji kwestionującej naszą umowę o pracę możemy odwołać się do sądu. A to oznacza, że wkraczamy w rzeczywistość jaką opisywał Franz Kafka. Wydawało się wam, że przedstawiamy umowę o pracę, szef wszystko potwierdza i jest po wszystkim? Nic z tych rzeczy. Sytuacja przedstawia się bowiem w sposób następujący – ZUS wydając decyzję stwierdza pewien stan faktyczny – pozorność umowy o pracę. Skoro my odwołując się do Sądu twierdzimy, że umowa jednak była, to na nas spoczywa ciężar dowodu, że faktycznie umowę zawarliśmy.

Ktoś już pewnie chce zakrzyknąć – ale przecież umowę sąd dostaje a szefostwo wszystko potwierdza? Niby tak. Tylko, że jak zjawiamy się w sądzie, to jesteśmy tylko my oko w oko z sądem. W większości wypadków miejsce ZUS-u pozostaje puste. I kto będzie reprezentował jego interesy? Tą rolę bierze na siebie często sędzia, prowadzony przekonaniem, że w trosce o prawdę materialną, musi zatroszczyć się o interesy wielkiego nieobecnego.

No więc walczymy. Przychodzą kontrahenci naszej firmy, współpracownicy, i potwierdzają, że taka tutaj pracowała, i zajmowała się tym, i tamtym tematem. Przedstawiamy maile wysyłane ze służbowej skrzynki, potwierdzenia przelewów wynagrodzenia, a sądowi mało. Zaczyna dopuszczać dowody z urzędu – opinię biegłego lekarza ginekologa, na okoliczność, czy nie było przeciwwskazań aby nasza bohaterka podjęła zatrudnienie, a nawet opinię biegłego z zakresu księgowości, który ma sprawdzić, czy firma była w takiej sytuacji majątkowej, która pozwalałaby na wypłacanie kolejnej pensji.

Nadchodzi w końcu dzień, kiedy sąd ogłasza swoje rozstrzygnięcie. Odwołanie zostaje oddalone, ponieważ zdaniem sądu zeznania świadków nie wskazują jednoznacznie, że była to umowa o pracę a nie np. zlecenia, no i ze sprawozdania finansowego przygotowanego przez biegłego księgowego wyszło, że firma ostatnio była w nie najlepszej formie. W myślach pojawia się nam pytanie, od kiedy to o ważności umowy decyduje kondycja finansowa stron, oraz jak jeszcze można zakwestionować zeznania świadków, którzy jak jeden mąż potwierdzili, co robiliśmy i komu się z tego spowiadaliśmy (czyli jednak podległość służbowa była). Sąd nas ucisza mówiąc, że z wyrokami się nie polemizuje i na koniec poucza o możliwości wniesienia odwołania.

Wielokrotnie trafiali do mnie klienci właśnie na tym etapie postępowania. Często okazywało się, że błąd tkwił w samej prezentacji złożonych dowodów. Na szczęście sąd jest swobodny w ocenie materiału dowodowego, ale nie może dokonywać tego dowolnie. Nie jest przesłanką do oddalenia naszego odwołania fakt, że ten konkretny skład orzekający ma wątpliwości i coś mu nie gra. Jak kiedyś usłyszałem na sali – mina klientki świadczy o tym, że coś w sprawie jest nie tak, ale przedstawione przez nas dowody są jednoznaczne;-).

Dlatego zbieramy wszystko jeszcze raz i wykazujemy, że co do zasady (ulubione wyrażenie prawników), brak było podstaw do uznania, że umowa o pracę była pozorna. Bo jednak pracowaliśmy, pracodawca za to płacił. A że sam w danym momencie miał trudności finansowe? Cóż – to ryzyko związane z prowadzeniem działalności, za które pracownik nie odpowiada. Zielony to kolor nadziei, a dziwnym trafem nasz warszawski Sąd Apelacyjny utrzymany jest w tej kolorystyce, i wiele spraw z ZUS-em dopiero tam znajduje swój szczęśliwy finał.

Bo znajoma tak miała i wygrała

Tomasz Tomaszczyk        05 września 2016        6 komentarzy

Wprost uwielbiam, jak klient z wejścia mówi mi, jak mam poprowadzić sprawę. No bo przecież znajoma miała podobną i wygrała, więc i tym razem zrobi identycznie. Jak często piszę w odpowiedzi na pozew – tymczasem rzeczywistość kształtuje się zgoła odmiennie.

Dwa bliźniacze stany faktyczne, na jakie ostatnio trafiłem:

W pewnej dużej firmie ubezpieczeniowej konsultanci byli zatrudnieni na umowę zlecenia i na umowę o pracę. Jedyna różnica w sposobie wykonywania pracy to taka, że ci zatrudnieni na umowę o pracę mieli bardziej stałe godziny, a ci na zlecenie mieli pewną swobodę w ustalaniu grafiku. Choć jak brakowało ludzi, to nie było, że ja wolę nie, tylko jawohl. No i tym zatrudnionym na zlecenie nie płacono za urlopy, a wyłącznie za czas przepracowany.

Przypadek drugi – w pewnej restauracji zatrudniano na umowę zlecenia kelnerki. Kiedyś tam jedna przez trzy miesiące była zatrudniona na umowę o pracę. Panie same sobie ustalały grafiki pracy. Płacono im jedynie za czas przepracowany.

W obu firmach osoba zatrudniona na umowę zlecenia uznała, że właściwie to robi wszystko tak, jakby była zatrudniona na umowę o pracę.

A sądy w pierwszym wypadku uznały, że nie mamy do czynienia z umową o pracę a w drugim, że wręcz przeciwnie.

Uzasadnienie pierwszego stanowiska – jak podpisałeś umowę zlecenia, to liczy się przede wszystkim wola stron. W drugim wypadku – sąd doszedł do wniosku, że zły pracodawca wykorzystał przewagę ekonomiczną nad pracownikiem i dlatego pracownik zmuszony był podpisać umowę zlecenia.

Na pytanie do składu orzekającego jak możliwe są tak różne rozstrzygnięcia, padło stwierdzenie, że każda sprawa jest inna, sądy są swobodne w rozstrzyganiu, a w Polsce nie stosuje się precedensów.

Więc z tym entuzjazmem, że gdzieś, kiedyś, tak rozstrzygnięto, jak nam zależy, trzeba być ostrożnym. Nic nigdy nie jest oczywiste. Zwłaszcza w naszych sądach…

 

I nie tylko – czyli wszystko dla dziecka

Tomasz Tomaszczyk        24 sierpnia 2016        Komentarze (0)

Napiszę o czymś, co przy okazji różnych spraw rodzinnych nie raz wypływa, a mnie osobiście bardzo irytuje.

Mama i tata już się nie kochają. Życie. Lądują w sądzie – kontakty, alimenty no i wisienka na torcie – podział majątku. Oczywiście dziecko ma zostać z mamą. I tutaj część (podkreślam część!) mam zaczyna schodzić na ścieżkę „wszystko dla dziecka”.

Przy kontaktach wszystko na nie. Ona nie czuje się bezpiecznie, bo nie ufa ojcu dziecka. Z którym dziecko do niedawna przebywało na co dzień. Nie ufa i już. Na pewno zrobi krzywdę. A jak nie zrobi, to dzieckiem będą się tak naprawdę zajmować dziadkowie. A to źle, bo to nie on. Choć jak on to też źle, bo jemu nie ufa itd.

Przy alimentach – wiadomo. Wszystko dla dziecka. Kurtkę skórzaną sobie kupił drań, to ma pieniądze, więc może dwa i pół tysia płacić (autentyk z jednej rozprawy;-).

Podział majątku – to samo. Nie powinno być spłaty z mieszkania, które jest jedynym składnikiem majątku wspólnego, bo przecież będzie tam mama z dzieckiem mieszkała, a wszystko dla dziecka. Chcemy cokolwiek dla siebie zachować, to tak jakbyśmy mamę i dziecko żywcem ze skóry mieli obedrzeć. Zero zastanowienia, że jeszcze kredyt jest, czy że zasadniczo to każde powinno dostać połowę tego, czego się wspólnie dorobili. Bo jak mama dostaje, to jakby dostawało dziecko, bo ona dziecku da, a ojciec to nie wiadomo.

Na jaki temat by się nie rozmawiało, dla matki dziecko staje się tarczą, którą można ojca okładać. Jej się wszystko należy, bo dziecko z nią zostaje, a jego dobro jest najważniejsze. Amen.

Żeby jeszcze te erupcje tylko na i pod salą występowały. Ale klient mówi, że dziecko podczas spotkania pyta się, dlaczego na nie tata nie płaci (nie pomaga tłumaczenie, że przecież płaci, bo mama powiedziała, że nie) albo dlaczego mamie i jemu mieszkanie chce zabrać (i jak tu 4 latkowi wyjaśnić, że trzeba sprawy z kredytem jeszcze załatwić, i że mamy zwyczajnie na to nie stać?). Mama powiedziała i już.

W tych warunkach ciężko o zimną krew. Ja mogę spokojnie trzymać się tematu, zwracać uwagę, że rzeczywistość trochę inaczej wygląda i nie można wszystkiego odczytywać jako aktu złej woli i braku troski o własną latorośl. Ale nie raz widzę, że w kliencie aż się gotuje, jak po raz kolejny słyszy, że mu na dziecku nie zależy, bo nie spełnia wszystkich żądań. Choć w duchu sobie myślę – i po co ten cały cyrk? A klienta po raz kolejny uwrażliwiam, żeby na zaczepki nie reagował i sam szykuję stosowną replikę…

Premia uznaniowa

Tomasz Tomaszczyk        16 sierpnia 2016        2 komentarze

No i udało nam się zostać tym odnoszącym sukcesy pracownikiem korpo. Wynegocjowaliśmy dobre warunki umowy o pracę. Pakiet medyczny, samochód służbowy, Multisport, całkiem przyzwoita podstawa. No i najlepsze ze wszystkiego – system motywacyjny. Dostajemy go w formie ciekawej prezentacji. Uwzględnia wszystko – i wynik działu, całej firmy, a także naszą ocenę roczną.

Pracujemy i pracujemy, sukces goni sukces. Pierwszego roku zgarnęliśmy niemal najlepszą notę. Kolejnego roku powtórka. Premie okazują się wystarczające, aby każdorazowo pokryć zakup średniej klasy samochodu segmentu D. Dostrzegają to headhunterzy, więc dostajemy pod koniec trzeciego roku pracy ofertę pracy, która jest logicznym krokiem w naszym dalszym rozwoju. Więc jeszcze ocena roczna (znowu bardzo dobry wynik) i składamy wypowiedzenie.

Nasz przełożony rozumie, że musimy się rozwijać. Na koniec spotkania rzucamy więc tylko pytanie, kiedy rozliczymy premię? I tutaj zonk. Dowiadujemy się, że premia nam się nie należy, bo odchodzimy z pracy. No tak, ale rok przepracowany, a w prezentacji jak wół napisane, że jak zrobimy to i tamto, będzie wynik działu, firmy no i ocena, to należy się nam tyle a tyle. Nawet symulacje na początku roku były.

Nasz wkrótce były przełożony spokojnie odpowiada, że prezentacja sobie, to taki dokument wewnętrzny i obecny tyko w wersji elektronicznej, a w regulaminie wynagradzania, jaki obowiązuje w polskim oddziale, którego jesteśmy pracownikiem, jest zapisane, że premia ma charakter uznaniowy, więc skoro odchodzimy, to nie zostanie w naszym przypadku podjęta.

Co robimy? Z niedowierzaniem szukamy tego całego regulaminu. W kadrach dają kopię. Jest tam faktycznie taki paragraf, o którym mówił nam szef i nic więcej. Żadnego odwołania do prezentacji, w oparciu o którą mogliśmy kupić już dwa przyzwoite auta. Czujemy się oszukani i na dobrą sprawę okradzeni z tego, co w naszym przekonaniu wypracowaliśmy.

Nasze odczucia są jak najbardziej słuszne. Nie ma bowiem czegoś takiego jak premia uznaniowa. Albo jest premia,
i tą dostajemy, po spełnieniu określonych przez pracodawcę kryteriów, albo nagroda, którą dostajemy po tym jak pracodawca dostrzeże nasze osiągnięcia i postanowi wykazać się za to gestem.

Pozostaje więc nam udać się do sługi szatana, znaczy się nawiązać bliższy kontakt z którymś z przedstawicieli zawodu zaufania publicznego. Czasami wystarcza samo wezwanie do zapłaty. A jak i to nie okaże się skuteczne to pozew do Sądu Pracy. Bo pracodawca może nam coś przyznać nie tylko na papierze ale również w formie dowolnej, także w formie prezentacji elektronicznej. I w takiej sytuacji jak opisałem powyżej są raczej powinien uznać, że mieliśmy zwykła premię regulaminową, a ponieważ spełniliśmy kryteria, to zapłata się należy. Raczej – bo sądy potrafią czasem dokonać interpretacji wszystkiego wręcz w oparciu o wpływy promieniowania kosmicznego. Ale to już temat na zupełnie inne rozważania…