Sąd w obronie ZUS-u

Tomasz Tomaszczyk        17 stycznia 2017        Komentarze (1)

Teoretycznie postępowanie cywilne jest kontradyktoryjne, co oznacza, że to strony prowadzą spór, a sąd jest bezstronnym arbitrem. Niestety w sprawach z ZUS, często teoria nie daje się pogodzić z praktyką. Przedstawiciel ZUS nie stawia się na rozprawie, a sędzia bierze na siebie ciężar bronienia tej instytucji, bo przecież i on, i nasz drogi organ rentowy, to koniec końców Skarb Państwa.

Czasem dochodzi aż do takich absurdów, jak w sprawie, którą niedawno zakończyłem, gdzie ZUS zakwestionował realność prowadzonej działalności gospodarczej Pani Joasi.

Pani Joasia robiła bowiem ręcznie artystyczne świeczniki, popielniczki oraz inne podobne bibeloty, głównie korzystając z materiałów będących obiektem zainteresowania hydraulików. Efekt jej pracy był przedmiotem pożądania każdego szanującego się hipstera.

Niestety w sądzie pierwszej instancji trafiliśmy na panią sędzię zatwardziałą obrończynię interesów ZUS, oraz zupełnie niewrażliwą na sztukę. Co z tego, że jest domniemanie prowadzenia działalności gospodarczej, jest ona wpisana do rejestru, że przedstawiliśmy dowody sprzedaży rękodzieł oraz opinie zadowolonych klientów? Ponieważ nie trafiliśmy w gust artystyczny składu orzekającego, wyrok oddalał odwołanie.

Dodatkowo Pani Joasia była załamana stwierdzeniem, że „takiego brzydactwa to nikt by nie kupił”.

Mnie pozostało sporządzenie odwołania i walka przed Sądem Apelacyjnym. Dopiero tam udało się przekonać nasz wymiar sprawiedliwości, że odczucia estetyczne jednostki o bardziej konserwatywnym guście, nie mogą być podstawą orzeczenia. Dodam tylko, że do końca Sąd, a nie ZUS szukał dziury w całym. ZUS na postępowanie apelacyjne w końcu się bowiem stawił, ale jedyne co mówił, to to, że pozostawia wniosek do uznania Wysokiego Sądu.

Dlatego ze mną, czy beze mnie – ZUS-owi nie odpuszczajcie i walczcie do końca.

Jak to z tym przywracaniem do pracy jest

Tomasz Tomaszczyk        09 stycznia 2017        Komentarze (0)

Okres świątecznej nirwany skończony, więc zaliczamy bolesny powrót do rzeczywistości, z bardziej przyziemnymi historiami z zakresu prawa pracy.

No więc skoro wszyscy wracamy teraz do normalnej pracy porozmawiajmy o tym, jak to z przywróceniem do pracy jest.

Niedawno ukazało się nowe orzeczenie Sądu Najwyższego w tym zakresie (II PK 182/15, z dnia 6 lipca 2016 r.), wydane na tle sprawy, gdzie sądy niższej instancji zamiast przywrócenia do pracy orzekły odszkodowanie. Sąd Najwyższy w tym przypadku zadecydował o przekazaniu sprawy do ponownego rozpoznania i przy okazji opowiedział jak to z tymi powrotami ma być.

Jako pracownik myślimy, że skoro uchylono wyrok zasądzający odszkodowanie zamiast przywrócenia do pracy to dobra nasza. Niestety, jak lubię to pisać czasem w pismach procesowych – rzeczywistość kształtuje się zgoła odmiennie.

Przywrócenie do pracy w świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego, i wydaje mi się, trochę wbrew przepisom ustawy, staje się coraz rzadziej możliwe.

Za niecelowością przywrócenia do pracy może bowiem teraz przemawiać utrata zaufania do pracownika oraz brak widoków na harmonijną współpracę. Utrata zaufania musi być uzasadniona okolicznościami obiektywnymi, a nie wynikać z arbitralnych przekonań pracodawcy, ale droga pracownika po sprawiedliwość odrobinę się wydłuża.

Rozumiem, że w pracy ma być jawohl a nie ja wolę, ale w końcu to jednak umowa między wolnymi ludźmi i nie dotrzymywanie jej warunków przez pracodawcę nie powinno spotykać się ze szczególną ochroną. Zwolniłeś kogoś bezpodstawnie, to sąd powinien tą osobę przywracać, bez konieczności skomplikowanej batalii z pomocą specjalisty od prawa pracy;-). Ale jakby co – damy radę.

Rybka lubi pływać

Tomasz Tomaszczyk        19 grudnia 2016        3 komentarze

Sezon na spotkania świąteczne w pełni. Wszystkim humory dopisują. Może mamy nowego szefa, ale zakładamy, że wdroży się  i przywyknie do naszych małych świeckich tradycji. Jak co roku organizujemy więc pracowniczą wigilię, czy też później spotkanie noworoczne. Zawsze jest przy tym świetna zabawa, którą niektórym zdarza się opuszczać chwiejnym krokiem. Albo inaczej – my jesteśmy nowi, chcemy zintegrować zespół, rzuciliśmy hasło imprezy świątecznej, a po pozytywnym odzewie rzucamy się w wir przygotowań.

Czy Polak może bawić się nie pijąc? Niby może, tylko po co się męczyć… Ano po to, że jest taki artykuł 16 ust. 1 ustawy o wychowaniu w trzeźwości, który ustanawia bezwzględny zakaz wnoszenia alkoholu na teren zakładów pracy. I do niedawna Sąd Najwyższy w swoim orzecznictwie twardo trzymał linię, że spożywanie takich napojów, nawet za zgodą i w towarzystwie przełożonego może być uznane za uzasadniony powód do dyscyplinarki.

Są co prawda jaskółki nadziei w postaci łagodniejszych orzeczeń, takich jak wyrok SN z 24 września 2015 r. (I PK 120/15), gdzie uznano, że udział pracowników w prywatnym spotkaniu okolicznościowym lub pożegnalnym innych pracowników zorganizowanym za zgodą pracodawcy po godzinach pracy oraz po godzinach funkcjonowania zakładu w wydzielonej części (pomieszczeniu socjalnym) firmy, połączony ze spożywaniem za przyzwoleniem szefa niewielkich ilości alkoholu, nie stanowi ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych (art. 52 § 1 pkt 1 k.p.). Jednak po co samemu później utrwalać nową, bardziej zdroworozsądkową linię orzeczniczą?

Choć oczywiście w razie czego pomożemy;-).

O co chodzi ZUS-owi?

Tomasz Tomaszczyk        07 grudnia 2016        Komentarze (0)

Przyszedł do mnie klient z problemem związanym z brytyjskim odpowiednikiem naszego ZUS-u. Ze sobą przyniósł pismo z tej instytucji. Czytając je doznałem pewnego szoku. Czcionka komiksowa, duże litery, oraz treść z której wynikało, że ktoś tam naprawdę chce pomóc.

Zaskoczyło mnie to nowatorski podejście. Ilekroć mam bowiem w rękach jakiekolwiek pismo z ZUS widzę zgoła odmienną filozofię działania. Nasz system ubezpieczeń społecznych padał wielokrotnie ofiarą gorączki reformatorskiej kolejnych ekip rządzących. I za każdym razem nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że celem tych reform jest takie gmatwanie prostych niejednokrotnie spraw, tak aby każdego ubezpieczonego maksymalnie zniechęcić od domagania się czegokolwiek.

Większość pism (chyba poza decyzjami o wyłączeniu z ubezpieczenia, kiedy to ZUS stwierdza, że jego zdaniem gdzieś tam nie pracowaliśmy i dlatego nic się nam nie należy) napisana jest czcionką, którą bez lupy ciężko jest rozczytać. Treść na żywca czerpie z dorobku naszego ustawodawstwa, tak, że nawet prawnicy nie siedzący na co dzień w temacie mają problem ze zrozumieniem, o co chodzi. I na koniec kilka stron pouczeń, pisanych jeszcze mniejszym drukiem, po przeczytaniu których nasza dezorientacja tylko się powiększa. Ale jakby co, to ZUS poinformował nas o wszystkim, załączając wyciąg z ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych czy o emeryturach i rentach z FUS.

Z tekstu wynika, że odmawiają nam czegoś, bo ich zdaniem nie wykazaliśmy, a to jakiś lat składkowych, a to warunków szczególnych pracy, czy co tam jeszcze jakiemuś aprobantowi czy innemu inspektorowi do głowy przyszło. My oczywiście jesteśmy zdziwieni, bo przecież dostarczyliśmy dokumenty, a nawet wskazaliśmy ludzi, którzy mogą zaświadczyć, że nie mijamy się z prawdą.

Najgorszy jest brak zrozumienia – co jak i dlaczego? Przecież przedstawiliśmy dowody, a nawet podaliśmy świadków…

Sytuacja jest zaś prosta. Ustawodawca chcąc zaoszczędzić na wypłacie świadczeń, wiele lat po ich przyznaniu, zaczął kombinować, jak tu ograniczyć wypłaty. I wyszło mu, że ludzie naprawdę by się wkurzyli, gdyby powiedział, że po przepracowaniu iluś tam lat, coś nagle nie będzie się należało, mimo, że wcześniej obiecał. Narzucił więc ZUS-owi specyficzny model postępowania. Otóż tej cudownej instytucji udowadniać niektóre rzeczy można wyłącznie pewnymi ściśle określonymi dokumentami. Jak dokumenty zaginą decyzja jest automatycznie odmowna. Czasem zaś wystarcza zwykła literówka w nazwisku, czy brak jednej pieczątki. Im bardziej kończą się pieniądze, tym bardziej upierdliwy ZUS się robi.

I jak ma się przysłowiowy Kowalski odnaleźć w takiej sytuacji? Oczywiście iść do sądu. Tam nie obowiązują ograniczenia jakie zostały narzucone ZUS-owi. Zamiast dokumentów możemy na przykład powołać świadków. Możemy też prosić o to, aby sąd zwrócił się do różnych instytucji, gdzie odmówiono nam wcześniej pomocy w uzyskaniu duplikatów naszych zaginionych papierów.

Postępowanie jest prawie darmowe (30 zł wyłącznie od zażalenia i apelacji) tylko my jesteśmy stawiani w sytuacji powoda. A więc to my udowadniamy ZUS-owi, że on się myli, a nie on, że ma rację. ZUS zwyczajowo natomiast na rozprawę nikogo nie przysyła, wyrabiając w sądzie nawyk stawania się jego rzecznikiem. Dlatego na sali rozpraw również trzeba się trochę napocić.

Wszystko niezrozumiałe, choć niby wszystko wyjaśnione. Na szczęście nabraliśmy już pewnej wprawy w ogarnianiu tej „chińszczyzny”;-).

Kiedy odwołujemy się od wypowiedzenia?

Tomasz Tomaszczyk        21 listopada 2016        Komentarze (0)

Odnaleźliśmy się zawodowo. Dostaliśmy wreszcie upragnioną umowę o pracę na czas nieokreślony. Nawet awansowaliśmy na kierownika albo innego dyrektora. Zespół jest świetnie zgrany, targety osiągane, ocena powyżej oczekiwań. No i wtedy następuje zmiana. W firmie zaczynają się cięcia i atmosfera się psuje. Albo dostajemy nowego przełożonego i jakoś nie możemy z nim złapać wspólnego języka. Właściwie jeżeli chodzi o łapanie to czujemy, że on nas chce na czymś złapać.

Wszystko ucina pewnego dnia zaproszenie na spotkanie do szefa. Tam obok niego ktoś z HR-ów. Mówią nam, że ostatnio jakoś gorzej nam idzie współpraca i dlatego mają dla nas dwie propozycje. Porozumienie stron oraz wypowiedzenie. Tak czy siak na jedno musimy w tej chwili się zdecydować.

Kołacze się nam po głowie pytanie – co robić? Jeżeli nie ma czasu na telefon do przyjaciela i akurat nie macie mojego numeru pamiętajcie jedno – jeżeli porozumienie stron nie daje wam niczego ekstra w stosunku do wypowiedzenia to nie warto go podpisywać.

Bierzecie wypowiedzenie. Bo nawet jak go nie weźmiecie, to po to jest właśnie osoba z HR aby był świadek, że nam próbowano je wręczyć. I zastanawiacie się co z tym fantem zrobić. Macie na to siedem dni. Później sprawa staje się nieaktualna.

Teoria mówi, że uzasadnienie wypowiedzenia musi zawierać rzeczywistą i konkretną przyczynę rozwiązania stosunku pracy oraz, że to pracodawca musi udowodnić swoje racje. Przyczyna wypowiedzenia (przy zwykłym rozwiązaniu, a nie przy dyscyplinarce), nie musi nawet być przez nas zawiniona. A jak podano kilka, to pracodawcy wystarczy udowodnić prawdziwość jednej z nich.

W praktyce kończy się na kazuistycznym rozważaniu, czy to co mówią o nas miało miejsce, czy w jakiś sposób wyróżniło się na tle innych pracowników. Mówiąc krótko, od strony pracodawcy musi się to trzymać kupy. Jak się nie trzyma to wypada pomyśleć o sądzie pracy.

Kiedy już myślimy o sądzie pracy to musimy odpowiedzieć sobie na kolejne pytanie – czego chcemy? Odszkodowania, czy przywrócenia do pracy? Gdy wartość przedmiotu sporu jest niższa niż kwota 50.000 zł jesteśmy zwolnieni z opłaty sądowej. Powyżej musimy wyłożyć sądowi 5% tego czego się domagamy. W przypadku przywrócenia do pracy to nasze żądanie wyceniane jest na równowartość naszych rocznych zarobków brutto.

Dlaczego warto domagać się przywrócenia do pracy? Bo to jest żądanie którego najbardziej boją się pracodawcy i otwiera nam szersze pole w zakresie ewentualnych negocjacji. Często to właśnie ugoda jest najlepszym sposobem na zakończenie sporu z pracodawcą.

Macie więc tutaj niezbędnik na te chwile kiedy rozstania nadejdzie czas i to z wami ktoś będzie chciał zerwać. W razie wątpliwości pamiętajcie o telefonie do przyjaciela;-).