Sąd może wszystko

Tomasz Tomaszczyk        16 maja 2019        Komentarze (0)

Czy w sądzie można zadawać pytania sugerujące? Nie można. No chyba, że jesteśmy wysokim sądem. A co możemy robić jak sam sąd nie trzyma się procedury? Poza oczywiście pisaniem do przewodniczącego wydziału, prezesa sądu, czy też ministra sprawiedliwości, czy na inny Berdyczów musimy składać zastrzeżenia do protokołu w trybie art. 162 kpc.

Ten magiczny przepis stanowi, że strony mogą w toku posiedzenia, a jeżeli nie były obecne, na najbliższym posiedzeniu zwrócić uwagę sądu na uchybienia przepisom postępowania, wnosząc o wpisanie zastrzeżenia do protokołu. Stronie, która zastrzeżenia nie zgłosiła, nie przysługuje prawo powoływania się na takie uchybienia w dalszym toku postępowania, chyba że chodzi o przepisy postępowania, których naruszenie sąd powinien wziąć pod rozwagę z urzędu, albo że strona uprawdopodobni, iż nie zgłosiła zastrzeżeń bez swojej winy.

No i właśnie niewłaściwie zadawanych pytań jako takich, sąd wyższej instancji później nie bierze pod uwagę, jako uchybienia które należy rozważyć z urzędu. Więc albo wykazujemy się refleksem albo bierzemy pełnomocnika.

I jeszcze jedna uwaga – w sprawach rodzinnych i tych ZUS przepis art. 162 kpc nie przyjął się do końca. Jak zresztą i masa innych przepisów. Tam sądy są dużo bardziej dowolne i bardzo dużo zależy od wyczucia. Tak czy siak – #damyradę;-)

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie rocznika 1953

Tomasz Tomaszczyk        07 maja 2019        Komentarze (1)

W dniu 6 marca 2019 r. Trybunał Konstytucyjny uznał art. 25 ust. 1b ustawy z 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, w zakresie, w jakim dotyczył kobiet urodzonych w 1953 r., które przed 1 stycznia 2013 r. nabyły prawo do emerytury na podstawie art. 46  ustawy – za niezgodny z art. 2 Konstytucji.

Chodziło o to, że Paniom urodzonym w 1953 r. na skutek zmiany zasad ustalania wysokości emerytur, która weszła w życie od 1 stycznia 2013 r., pomniejszano podstawę wymiaru emerytury z tytułu osiągnięcia powszechnego wieku emerytalnego o kwotę wcześniej wypłaconych świadczeń emerytalnych, tzw. wcześniejszych emerytur, co skutkowało niższą wysokością wcześniejszej emerytury. Roczników wcześniej urodzonych problem ten nie dotyczył.

Wyrok Trybunału z 6 marca 2019 r. (sygn. akt  P 20/19) tą niesprawiedliwość usunął, i dał możliwość złożenia przez pokrzywdzone Panie skargi o wznowienie postępowania w trybie art. 145a k.p.a.

Skarga powinna być wniesiona w terminie miesiąca od dnia wejścia w życie orzeczenia TK do ZUS, a więc termin na ich składanie upłynął w dniu 23 kwietnia 2019 r.

I tutaj pojawił się mały haczyk. W myśl art. 146 k.p.a. uchylenie decyzji z przyczyn określonych w art. 145a nie może nastąpić, jeżeli od dnia doręczenia lub ogłoszenia decyzji upłynęło pięć lat. Tymczasem duża cześć decyzji w sprawie emerytur Pań rocznika 1953 została wydana wcześniej.

W tym stanie rzeczy ZUS zaczął ograniczać się do stwierdzenia wydania zaskarżonej decyzji z naruszeniem prawa oraz wskazania okoliczności, z których powodu nie doszło do uchylenia tej decyzji (art. 158 w związku z  art.  151 § 2 w związku z art. 146 k.p.a.).

Jeżeli kogoś dotknęła taka sytuacja to światełkiem nadziei jest pouczenie znajdujące się na końcu takiej decyzji o możliwości złożenia odwołania do sądu. Nie jest to droga pewna, ale otwiera pewne możliwości. Należy pamiętać, że w sprawach z ZUS nie ma opłat sądowych, poza kwotą 30 zł jaką należy wnieść od zażalenia, czy apelacji, więc trzeba się odwoływać, bo mamy niewiele do stracenia, a całkiem sporo do zyskania.

My już szykujemy się do tworzenia nowej linii orzeczniczej. Tak czy siak – #damyradę;-).



Niezbędnik na lany poniedziałek

Tomasz Tomaszczyk        21 kwietnia 2019        Komentarze (0)

Na dobrą sprawę prawo reguluje każdy aspekt naszego życia, także święta i tradycję. Pomyślałem więc, że nie zaszkodzi spojrzeć na śmigus-dyngus okiem praktyka.

Oblewając kogoś wodą można przyjąć, że dopuszczamy się co najmniej wykroczenia stypizowanego w art. 51 kodeksu wykroczeń – zakłócanie porządku publicznego, za co grozi grzywna od 20 zł do 5000 zł, ograniczenie wolności albo nawet areszt. Dodatkowo jeśli oblewamy kogoś kto ma na sobie delikatną odzież możemy odpowiedzieć za zniszczenie mienia, które w zależności od wartości odzieży (w tym roku granicą jest 500 zł) będzie zakwalifikowane jako wykroczenie albo już przestępstwo. Nie zapominajmy też o starym poczciwym naruszeniu nietykalności cielesnej o którym mówi art. 217 kodeksu karnego.

Jeśli oblewamy jadące samochody to odpowiadamy za wykroczenie spowodowania zagrożenia w ruchu lądowym (art. 86 kw). Gdyby doszło do wypadku będącego następstwem naszego działania pojawia się możliwość odpowiadania za spowodowanie wypadku drogowego – a to już art. 177 kodeksu karnego.

Jednakże w ten jeden dzień w roku utarło się, że działamy w ramach kontratypu zwyczaju. Dotyczy to przede wszystkim wykroczeń, choć powołanie się na to w sytuacji gdyby zarzucono nam przestępstwo również jest możliwe. Oznacza to, że w ten konkretny dzień karalność oblewania wodą może zostać wyłączona. Kontratyp ten nie jest ujęty ustawowo, został wypracowany przez orzecznictwo i z każdym kolejnym rokiem jego znaczenie maleje, wraz z malejącą społeczną akceptacją dla tego typu zachowań. Dotyczy to głównie grupek młodych dżentelmenów biegających po osiedlach z wiadrami i lejących wodą bez umiaru (co powoduje nawet zaostrzenie odpowiedzialności jako wybryku chuligańskiego).

Nawet jeśli odpowiedzialność karna będzie wyłączona pozostaje nam droga cywilna. Oblanie wodą może być potraktowane jako naruszenie dóbr osobistych (art. 23 kodeksu cywilnego), co daje nam prawo domagania się stosownego zadośćuczynienia (art. 24 kodeksu cywilnego), a za zniszczone wodą rzeczy mamy prawo dochodzić odszkodowania na zasadzie odpowiedzialności deliktowej (art. 415 kc). Obroną przed tym jest powołanie się na klauzę generalną zasad współżycia społecznego. Ale to i tak na końcu zależeć będzie od decyzji sędziego.

Tak, że jakby co – #damyradę;-).

Wiedz, że coś się dzieje

Tomasz Tomaszczyk        04 kwietnia 2019        Komentarze (0)

W sądzie nie zawsze wszystko idzie zgodnie z naszymi oczekiwaniami. A to klient zapomni o czymś istotnym powiedzieć, a to trafiliśmy na sędziego, który ma takie, a nie inne zapatrywania, albo układ planet był niewłaściwy i na końcu otrzymujemy upsa w postaci oddalenia naszego powództwa czy też odwołania.

I tutaj pojawia się pytanie – apelować, czy nie? W sprawach z ZUS sprawa wydaje się prosta. Opłata od apelacji wynosi 30 zł, więc stracić wiele nie stracimy, a możemy zyskać. No może poza czasem, bo na rozpoznanie poczekamy w warunkach Warszawy rok – dwa. Najlepiej jest w Białymstoku – około dwóch miesięcy.

Na czym oprzeć apelację? Zasadniczo przed sądem drugiej instancji nie bardzo możemy powołać się na nowe dowody czy fakty, jeśli nie wykażemy, że potrzeba ich powołania pojawiła się później albo nie mieliśmy takiej możliwości przed sądem pierwszej instancji. Stąd dużo bardziej wolę zajmować się sprawą od początku, niż później przemycać coś o czym klient sam z siebie zapomniał albo uznał za nieistotne.

Niejakim standardem jest zarzut błędnej oceny dowodów – znaczy się, że naszym zdaniem pierwsza instancja wszystko pomyliła. Wtedy ulubiona fraza strony przeciwnej z odpowiedzi na apelację zazwyczaj brzmi, że nie wystarczy wykazać, że z tych samych dowodów można wyciągnąć inne wnioski, tylko, że wnioski są nielogiczne albo sprzeczne z zasadami doświadczenia życiowego.

Wreszcie jak pojawia się ten wielki dzień – wyznaczony termin rozprawy apelacyjnej – pytanie klienta po raz kolejny – jak będzie? Wchodzimy na salę, rezygnujemy ze sprawozdania i z ogniem w oczach popieramy, akcentując to na czym nam najbardziej zależy. Po tym pozostaje nam nerwowo czekać pod salą na rezultat. Zazwyczaj im krótsza narada sądu tym gorsze rokowania – najszybciej pisze się wyrok – apelację oddalić. Ale jak sąd drugiej instancji zaczyna odraczać posiedzenie, długo się zastanawia – to wiedz, że coś się dzieje i nasze szanse rosną.

Zatem czy apelować? W sprawach z ZUS prawie zawsze warto, z uwagi na niewielkie koszty przegranej. W innych lepiej posłuchać pełnomocnika jak mówi, że szanse są niewielkie. I postępowanie od początku prowadzimy tak aby wygrać jednak przed pierwszą instancją, prezentując dowody już tam, bo później może być za późno. Jakby co #damyradę;-)

Co liczy się w sądzie?

Tomasz Tomaszczyk        27 marca 2019        Komentarze (1)

Panie mecenasie – mamy niezbyte dowody! Tak zaczynało się niejedno moje spotkanie z klientami. Nadzieja na pognębienie strony przeciwnej, która nas skrzywdziła – a mnie często pozostaje wyjaśnić pewne, dla mnie oczywiste, kwestie.

Tak, w sądzie liczą się dowody. Ale te dowody muszą być w tej konkretnej sprawie z którą idziemy do sądu, a nie ogólnie, że druga strona jest niedobra i często kłamie. Dowodu z charakteru co do zasady (ulubiony wtręt prawników) się nie przeprowadza. Tego, że strona przeciwna innych oszukała, również nie.

Dalej dowód na to, że coś nastąpiło, np. rozstrój zdrowia, nie załatwia nam jeszcze kwestii związku przyczynowo skutkowego między tym, co się przydarzyło a odpowiedzialnością naszej strony przeciwnej. Dlatego nasz lekarz psychiatra mówiący nam, że mamy depresję z powodu mobbingu to jeszcze nie dowód na to, że mobbing był.

I na końcu moje ulubione – niestety nie mamy na nic dowodu, bo widzieliśmy wszystko tylko my – rodzina albo pracownicy. To, że ktoś jest w jakiś sposób związany z którąś stroną postępowania, wcale z automatu nie podważa jego świadectwa. Sąd dokonuje oceny dowodów swobodnie i mówiąc najbardziej oględnie, daje wiarę tym, których historia bardziej się “klei”.

Właśnie dlatego ja często widzę problemy, tam gdzie Wy widzicie pewne zwycięstwo, a nadzieję, tam, gdzie waszym zdaniem jej nie ma. Jakby co #damyradę ;-).