Świat w oczach sędziego

Tomasz Tomaszczyk        20 sierpnia 2018        Komentarze (0)

W ostatnim wpisie dotknąłem tematu – po co nam adwokat (można przeczytać tutaj). Doszedłem do wniosku, że idealnym uzupełnieniem tamtego wpisu będzie pokazanie jak wygląda nasza sprawa w oczach sędziego.

Jak dostaje się do zawodu sędziego? Teoretycznie powinno to być ukoronowanie kariery prawnika. W praktyce większość sędziów zalicza podobną drogę – studia, aplikacja, jakaś forma praktyki w sądzie i w końcu uścisk dłoni prezydenta oraz łańcuch z orłem. Zero doświadczenia poza światem akademickim i życiem sądowym.

Konsekwencją tego jest to, że doświadczenie życiowe jakim sędzia powinien się kierować ogranicza się w większości przypadków do akt i tego, co z wyrokami robią sądy wyższej instancji.

Przeciętny sędzia w sądzie rejonowym ma ok dwóch, trzech sesji rozpraw w tygodniu. W czasie jednej sesji na wokandzie będzie około sześciu – siedmiu spraw. My z naszą sprawą na wokandę trafiamy co jakieś cztery miesiące do pół roku. Siłą rzeczy, to co na niej się dzieje, może mieszać się w głowie orzekającego z innymi podobnymi sprawami…

W sądzie rządzi statystyka. Liczy się ilość wyroków utrzymanych, zmienionych i najgorszy ups – uchylonych do ponownego rozpoznania.

Najczęstszą przyczyną uchylenia wyroku do ponownego rozpoznania jest natomiast nieprzeprowadzenie jakiejś części postępowania dowodowego. Dlatego mimo zmian w przepisach wprowadzających ograniczenia i porządek składania dowód przez strony, sądy często wolą odroczyć i jednak dopuścić dowód z kolejnego świadka. A sprawa trwa…

Więc jak widzi sprawę sędzia? Tak jak podpowiadają dokumenty w aktach, przez pryzmat podobnych które miał wcześniej i orzeczeń, które mu kiedyś utrzymano, uchylono albo zmieniono. Dlatego najlepiej jak z naszą sprawą umiemy się wstrzelić w jakiś utarty schemat, który idealnie będzie pasował pod proste napisanie uzasadnienia wyroku. Pamiętajcie – jakby co #damyradę.

Po co komu adwokat?

Tomasz Tomaszczyk        09 sierpnia 2018        Komentarze (0)

Wiadomo, że adwokat to sługa diabła, a przed sądem najlepiej bronić się samemu. Tylko później głupio krzyczeć ciągle, że sądy niesprawiedliwe, skorumpowane itd… Więc po co komu ten adwokat?

Prawo w większej części to umiejętność czytania ze zrozumieniem. Tyle, że musimy jeszcze pamiętać, że jak jest to nasza sprawa, to w grę wchodzą silne emocje, które zaciemniają nam spojrzenie na własną sytuację.

Dlatego czasami duża część mojej pracy polega na wytłumaczeniu klientowi czego dotyczy sprawa z którą przychodzi. Przykładowo – żona z dnia na dzień wymieniła zamki w drzwiach, odmawia kontaktu z dziećmi i składa pozew o rozwód z wnioskiem o zabezpieczenie miejsca pobytu dzieci na czasu postępowania u niej. Szok. A na wyznaczonej rozprawie w celu rozpoznania wniosku o zabezpieczenie, trzeba pamiętać, że dotyczyć ma ona tylko tego zabezpieczenia, a nie, że żona jest niedobra, zmieniła zamki, oszukała. Trzeba przede wszystkim odpowiedzieć na pytania sądu, a nie mówić o tym co nas boli. A dużo łatwiej jest to znieść, jak wcześniej w kancelarii zrobimy małe przedstawienie, przećwiczymy odpowiedzi na potencjalne pytania, dowiemy się w zarysie jak wszystko wygląda. Bo praktyka zawsze odbiega od tego co możemy zobaczyć w telewizji.

Adwokat jest więc przede wszystkim potrzebny w roli tłumacza tego co sąd do nas mówi, jak również w roli tego, który weźmie na siebie ciężar pilnowania sytuacji na sali sądowej, ale też trochę nas samych. Bo co robić, to piszą w pouczeniach, jakie przychodzą wraz z pismami z sądu. Jedyne czego nie piszą, to to co się z nami i naszymi emocjami będzie działo w trakcie.

Dlatego wierzcie lub nie – sami adwokaci jak mają sprawę, to biorą sobie pełnomocników. W razie czego jak zawsze – #damyradę.

 

Za co dyscyplinarka?

Tomasz Tomaszczyk        31 lipca 2018        Komentarze (0)

W okresie wakacyjnym zauważyłem, że skłonność szefostwa do “pociągania za cyngiel” rośnie. Mowa oczywiście o bezsensownych dyscyplinarkach. Nie wiem, czy to chęć ucieczki na urlop, zmęczenie materiału, czy co innego? Pragnę więc w tej sytuacji przypomnieć – dyscyplinarka należy się wyłącznie za ciężkie naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych, dokonane umyślnie lub z rażącego niedbalstwa.

Więc jak w firmie wypłynie na powierzchnię jakiś większy ups, spowodowany tym, że rzeczone szefostwo nie przydzieliło komuś jakiegoś zadania do zakresu obowiązków, to ciężko zrobić z tego ciężkie naruszenie tychże.

Jak idę z takim pracownikiem do Sądu Pracy sprawa do najtrudniejszych nie należy. Więc drogi pracodawco – może warto się dogadać? Zwłaszcza, że rynek coraz bardziej należy do pracownika, a znalezienie dobrego następcy za zwolnionego może być odrobinę trudne. Zwłaszcza jak opinia o metodologii naszego postępowania się rozchodzi.

W razie czego jak zawsze – #damyradę. Tylko wakacje będą trochę zepsute…

Mieliśmy wygrać, wyszło jak zawsze… Co teraz?

Tomasz Tomaszczyk        25 czerwca 2018        Komentarze (0)

Mieliśmy wygrać, ale przegraliśmy, jak powiedział pewien poeta… Niektórym po wczorajszym meczu pozostał tylko kac albo inna forma syndromu dnia wczorajszego. I nieszczęśnicy ci chyba nawet masowo za kółko wsiedli, o czym może przekonać się każdy, kto do pracy przebija się własnym autem.

Dlatego może lepiej pomyśleć o urlopie na żądanie? Pamiętajcie jednak, że ten urlop jest jak każdy inny i pracodawca musi mieć możliwość wyrażenia swojego zdania w temacie naszej nieplanowanej nieobecności.

A jak odmówi – myślę, że odchorowywanie gry naszych zostanie uznane za zgodne z zasadami współżycia społecznego. Więc #damyradę…

ZUS i Państwo zawsze wychodzą na swoje

Tomasz Tomaszczyk        07 czerwca 2018        Komentarze (0)

Ktoś kiedyś powiedział, że jakby ubezpieczenia społeczne były korzystne dla przeciętnego Kowalskiego, to nie byłyby obowiązkowe. I jak tu się z tym nie zgadzać…

#ZUS odmawia świadczenia, np. renty. Więc musimy się odwołać do sądu. Ponieważ my musimy się odwoływać, to my jesteśmy powodem, i to my musimy udowadniać #ZUS-owi, że on nie ma racji.

Dalej dla #ZUS postępowanie jest prawie bezpłatne, ponieważ zwolniony jest z opłat sądowych. W razie przegranej zaś ma specjalne zasady naliczania odsetek od należnego nam świadczenia, co bardzo często pozwala mu się wykręcić od ich zapłaty. Często konieczna jest kolejna sprawa sądowa.

Nasze sądy działają bardzo sprawnie. Na pierwszą instancję potrzebują roku – dwóch lat. Bywa, że i więcej. Na apelację czekamy średnio ponad rok. Rekordowa sprawa którą prowadzę zaczęła się w 1996 r. (!!!).

No i wreszcie wygraliśmy. Świadczenie jest przyznane i wpływa nam na konto. Ale coś mało? Wcale nie – bo skumulowana wypłata ładuje nas w drugi próg podatkowy. I jak wygrywamy na początku roku, to do jego końca zaliczki na podatek dochodowy od takiej przykładowej renty są jak od całkiem przyjemnego menadżerskiego  wynagrodzenia.

I tu już ręce opadają…