O co chodzi ZUS-owi?

Tomasz Tomaszczyk        07 grudnia 2016        Komentarze (0)

Przyszedł do mnie klient z problemem związanym z brytyjskim odpowiednikiem naszego ZUS-u. Ze sobą przyniósł pismo z tej instytucji. Czytając je doznałem pewnego szoku. Czcionka komiksowa, duże litery, oraz treść z której wynikało, że ktoś tam naprawdę chce pomóc.

Zaskoczyło mnie to nowatorski podejście. Ilekroć mam bowiem w rękach jakiekolwiek pismo z ZUS widzę zgoła odmienną filozofię działania. Nasz system ubezpieczeń społecznych padał wielokrotnie ofiarą gorączki reformatorskiej kolejnych ekip rządzących. I za każdym razem nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że celem tych reform jest takie gmatwanie prostych niejednokrotnie spraw, tak aby każdego ubezpieczonego maksymalnie zniechęcić od domagania się czegokolwiek.

Większość pism (chyba poza decyzjami o wyłączeniu z ubezpieczenia, kiedy to ZUS stwierdza, że jego zdaniem gdzieś tam nie pracowaliśmy i dlatego nic się nam nie należy) napisana jest czcionką, którą bez lupy ciężko jest rozczytać. Treść na żywca czerpie z dorobku naszego ustawodawstwa, tak, że nawet prawnicy nie siedzący na co dzień w temacie mają problem ze zrozumieniem, o co chodzi. I na koniec kilka stron pouczeń, pisanych jeszcze mniejszym drukiem, po przeczytaniu których nasza dezorientacja tylko się powiększa. Ale jakby co, to ZUS poinformował nas o wszystkim, załączając wyciąg z ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych czy o emeryturach i rentach z FUS.

Z tekstu wynika, że odmawiają nam czegoś, bo ich zdaniem nie wykazaliśmy, a to jakiś lat składkowych, a to warunków szczególnych pracy, czy co tam jeszcze jakiemuś aprobantowi czy innemu inspektorowi do głowy przyszło. My oczywiście jesteśmy zdziwieni, bo przecież dostarczyliśmy dokumenty, a nawet wskazaliśmy ludzi, którzy mogą zaświadczyć, że nie mijamy się z prawdą.

Najgorszy jest brak zrozumienia – co jak i dlaczego? Przecież przedstawiliśmy dowody, a nawet podaliśmy świadków…

Sytuacja jest zaś prosta. Ustawodawca chcąc zaoszczędzić na wypłacie świadczeń, wiele lat po ich przyznaniu, zaczął kombinować, jak tu ograniczyć wypłaty. I wyszło mu, że ludzie naprawdę by się wkurzyli, gdyby powiedział, że po przepracowaniu iluś tam lat, coś nagle nie będzie się należało, mimo, że wcześniej obiecał. Narzucił więc ZUS-owi specyficzny model postępowania. Otóż tej cudownej instytucji udowadniać niektóre rzeczy można wyłącznie pewnymi ściśle określonymi dokumentami. Jak dokumenty zaginą decyzja jest automatycznie odmowna. Czasem zaś wystarcza zwykła literówka w nazwisku, czy brak jednej pieczątki. Im bardziej kończą się pieniądze, tym bardziej upierdliwy ZUS się robi.

I jak ma się przysłowiowy Kowalski odnaleźć w takiej sytuacji? Oczywiście iść do sądu. Tam nie obowiązują ograniczenia jakie zostały narzucone ZUS-owi. Zamiast dokumentów możemy na przykład powołać świadków. Możemy też prosić o to, aby sąd zwrócił się do różnych instytucji, gdzie odmówiono nam wcześniej pomocy w uzyskaniu duplikatów naszych zaginionych papierów.

Postępowanie jest prawie darmowe (30 zł wyłącznie od zażalenia i apelacji) tylko my jesteśmy stawiani w sytuacji powoda. A więc to my udowadniamy ZUS-owi, że on się myli, a nie on, że ma rację. ZUS zwyczajowo natomiast na rozprawę nikogo nie przysyła, wyrabiając w sądzie nawyk stawania się jego rzecznikiem. Dlatego na sali rozpraw również trzeba się trochę napocić.

Wszystko niezrozumiałe, choć niby wszystko wyjaśnione. Na szczęście nabraliśmy już pewnej wprawy w ogarnianiu tej “chińszczyzny”;-).

{ 0 komentarze… dodaj teraz swój }

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: