Wiedz, że coś się dzieje

Tomasz Tomaszczyk        04 kwietnia 2019        Komentarze (0)

W sądzie nie zawsze wszystko idzie zgodnie z naszymi oczekiwaniami. A to klient zapomni o czymś istotnym powiedzieć, a to trafiliśmy na sędziego, który ma takie, a nie inne zapatrywania, albo układ planet był niewłaściwy i na końcu otrzymujemy upsa w postaci oddalenia naszego powództwa czy też odwołania.

I tutaj pojawia się pytanie – apelować, czy nie? W sprawach z ZUS sprawa wydaje się prosta. Opłata od apelacji wynosi 30 zł, więc stracić wiele nie stracimy, a możemy zyskać. No może poza czasem, bo na rozpoznanie poczekamy w warunkach Warszawy rok – dwa. Najlepiej jest w Białymstoku – około dwóch miesięcy.

Na czym oprzeć apelację? Zasadniczo przed sądem drugiej instancji nie bardzo możemy powołać się na nowe dowody czy fakty, jeśli nie wykażemy, że potrzeba ich powołania pojawiła się później albo nie mieliśmy takiej możliwości przed sądem pierwszej instancji. Stąd dużo bardziej wolę zajmować się sprawą od początku, niż później przemycać coś o czym klient sam z siebie zapomniał albo uznał za nieistotne.

Niejakim standardem jest zarzut błędnej oceny dowodów – znaczy się, że naszym zdaniem pierwsza instancja wszystko pomyliła. Wtedy ulubiona fraza strony przeciwnej z odpowiedzi na apelację zazwyczaj brzmi, że nie wystarczy wykazać, że z tych samych dowodów można wyciągnąć inne wnioski, tylko, że wnioski są nielogiczne albo sprzeczne z zasadami doświadczenia życiowego.

Wreszcie jak pojawia się ten wielki dzień – wyznaczony termin rozprawy apelacyjnej – pytanie klienta po raz kolejny – jak będzie? Wchodzimy na salę, rezygnujemy ze sprawozdania i z ogniem w oczach popieramy, akcentując to na czym nam najbardziej zależy. Po tym pozostaje nam nerwowo czekać pod salą na rezultat. Zazwyczaj im krótsza narada sądu tym gorsze rokowania – najszybciej pisze się wyrok – apelację oddalić. Ale jak sąd drugiej instancji zaczyna odraczać posiedzenie, długo się zastanawia – to wiedz, że coś się dzieje i nasze szanse rosną.

Zatem czy apelować? W sprawach z ZUS prawie zawsze warto, z uwagi na niewielkie koszty przegranej. W innych lepiej posłuchać pełnomocnika jak mówi, że szanse są niewielkie. I postępowanie od początku prowadzimy tak aby wygrać jednak przed pierwszą instancją, prezentując dowody już tam, bo później może być za późno. Jakby co #damyradę;-)

Co liczy się w sądzie?

Tomasz Tomaszczyk        27 marca 2019        Komentarze (1)

Panie mecenasie – mamy niezbyte dowody! Tak zaczynało się niejedno moje spotkanie z klientami. Nadzieja na pognębienie strony przeciwnej, która nas skrzywdziła – a mnie często pozostaje wyjaśnić pewne, dla mnie oczywiste, kwestie.

Tak, w sądzie liczą się dowody. Ale te dowody muszą być w tej konkretnej sprawie z którą idziemy do sądu, a nie ogólnie, że druga strona jest niedobra i często kłamie. Dowodu z charakteru co do zasady (ulubiony wtręt prawników) się nie przeprowadza. Tego, że strona przeciwna innych oszukała, również nie.

Dalej dowód na to, że coś nastąpiło, np. rozstrój zdrowia, nie załatwia nam jeszcze kwestii związku przyczynowo skutkowego między tym, co się przydarzyło a odpowiedzialnością naszej strony przeciwnej. Dlatego nasz lekarz psychiatra mówiący nam, że mamy depresję z powodu mobbingu to jeszcze nie dowód na to, że mobbing był.

I na końcu moje ulubione – niestety nie mamy na nic dowodu, bo widzieliśmy wszystko tylko my – rodzina albo pracownicy. To, że ktoś jest w jakiś sposób związany z którąś stroną postępowania, wcale z automatu nie podważa jego świadectwa. Sąd dokonuje oceny dowodów swobodnie i mówiąc najbardziej oględnie, daje wiarę tym, których historia bardziej się “klei”.

Właśnie dlatego ja często widzę problemy, tam gdzie Wy widzicie pewne zwycięstwo, a nadzieję, tam, gdzie waszym zdaniem jej nie ma. Jakby co #damyradę ;-).

Rekompensata z tytułu pracy w warunkach szczególnych

Tomasz Tomaszczyk        21 lutego 2019        Komentarze (0)

Jeszcze niedawno pracownikom którzy wykonywali pracę w warunkach szczególnych lub w szczególnych charakterze przysługiwała wcześniejsza emerytura. Dotyczyło to osób urodzonych w latach 1949-68.

Było to źródłem wielu ciekawych spraw, ponieważ podstawowym warunkiem przyznania tego świadczenia było posiadanie odpowiedniego stażu pracy w warunkach szczególnych lub szczególnym charakterze, co przed ZUS-em udokumentować można było jedynie odpowiednio wystawionym świadectwem pracy.

Ponieważ wielu ludziom dokumenty poginęły, to fakt zatrudnienia trzeba było udowadniać przy pomocy świadków, przekopywania archiwów państwowych w poszukiwaniu dokumentacji, a na końcu czasami opinią biegłego z zakresu BHP, który miał się wypowiedzieć, czy się łapiemy na warunki szczególne, czy też nie.

Ale ponieważ ustawowo uprawnione roczniki przeszły na emeryturę, pozostała cała rzesza ludzi, którzy wcześniej na emeryturę przejść nie mogli, bo urodzili się za późno. Dla nich ustawodawca przewidział rekompensatę, która stanowi dodatek do kapitału początkowego i łącznie z tym kapitałem podlega waloryzacjom, a w efekcie powiększa podstawę obliczenia zwykłej emerytury.

Rekompensatę ZUS oblicza osobom, które pracowały w szczególnych warunkach lub w szczególnym charakterze, przy czym kryteria jej przyznania są podobne, jak tych wcześniej do przyznania emerytury wcześniejszej.

I tu znowu pojawia się problem zaginionych dokumentów i konieczności skorzystania z drogi sądowej. Ale nie ma co się martwić – #damyradę.

Janusz wręcza dyscyplinarkę

Tomasz Tomaszczyk        29 stycznia 2019        Komentarze (0)

No i jak tu nie tracić wiary w ludzi? Łudziłem się, że czas troszeczkę złagodzi obyczaje, ale jak to mówią, człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z niego już nie koniecznie (i żeby nie było, sam uważam się za wieśniaka, słoika, tylko na mojej wsi pewne rzeczy nie uchodziły;-).


Dlaczego ten przydługi wstęp? Bo ostatnio znowu zaroiło się od dyscyplinarek wręczanych przez naszych drogich Januszy biznesu. Otóż kombinują oni w ten sposób – “ta Kowalska coś mi nie leży, a ma już trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Więc dam jej dyscyplinarkę i najgorszym razie ryzykuję, że to co bym zapłacił w wypowiedzeniu zapłacę w odszkodowaniu, a może aby zmienić na porozumienie stron to zgodzi się na mniej.”

A najgorsze jest to, że to rozumowanie logiki pozbawione nie jest. Każdy boi się wilczego biletu, dyscyplinarka to szok, więc niektórzy godzą się na ludzki gest Janusza, którzy łaskawie bzdurną dyscyplinarkę zamienia na porozumienie stron.

Tyle, że warunki na rynku pracy się zmieniły. Dyscyplinarka nie jest już takim wilczym biletem jak kiedyś, a sądy mają tendencję do kierowania się sprawiedliwością. Więc oprócz standardowego odszkodowania możemy się domagać np. zadośćuczynienia za rozstrój zdrowia jaki ta bzdurna dyscyplinarka u nas spowodowała, czy za naruszenie naszych dóbr osobistych, jeśli podany powód nas oczernił. Że o klasycznym problemie dla pracodawcy z przywróceniem nas do pracy nie wspomnę.

Jak spotyka nas taki wypadek nie warto więc poddawać się szokowi. Jak zawsze pamiętajcie – #damyradę.


Czym straszą abyś zlecił sprawę

Tomasz Tomaszczyk        22 stycznia 2019        Komentarze (0)

Często walczę z ZUS-em w sprawie “unieważnienia” przez niego czyjejś umowy o pracę. Schemat jest prosty – ktoś podejmuje pracę, niestety szybko przydarza mu się wypadek albo ciąża, więc nasz drogi organ rentowy w celu optymalizacji wypłat wydaje decyzję, w której stwierdza, że on w umowę o pracę nie wierzy, i dlatego nic się nie należy (wcale nie czuję jak rymuję).

W internecie natomiast namnożyło się różnych doradców on-line, którzy chcą pomóc zaradzić w tym temacie. Wszystko ok, gdyby nie sposób w jaki nakłaniają potencjalnych klientów do złożenia odwołania. Otóż, jak doniósł mi jeden klient, straszą, że nie skorzystanie z ich usług będzie skutkowało sprawą karną. A to już moim zdaniem grube nadużycie.

Sprawy z ZUS, zwłaszcza tego rodzaju, to sprawy cywilne. W ich ramach my udowadniamy, że było jak było, bo ZUS zaprzecza. Aby doszło do sprawy karnej musiałoby dojść do sytuacji, gdzie prokuratura miałaby przesłanki, że umyślnie zaplanowaliśmy i nakłamaliśmy w celu wyłudzenia zasiłku. Samo nie udowodnienie przez nas racji nie wystarczy.

Oczywiście gdzieś tam w Polsce trafili się oszuści, którzy w ten sposób chcieli od ZUS-u wyłudzić zasiłek. Ale zdecydowanie nie jest oszustwem sytuacja, kiedy po prostu brak nam dowodów na nasze zatrudnienie i nie ma dowodów na to, że z rozmysłem knuliśmy występek.

Dlatego, choć zazwyczaj doradzam podjęcie walki, to do decyzji tej podchodźmy biznesowo. Czy w naszej konkretnej sprawie opłaca się nam kłócić z tą wspaniałą instytucją, rozważając czas, nerwy i potencjalne szanse. I nie dawajmy się wkręcać w podany wyżej sposób. Bo to dobrze nie rokuje współpracy. Jakby co – #damyradę.