Wpis

Publikacja

Są takie dziedziny prawa, gdzie sztuczki, zagrywki i wybiegi są niemalże esencją załatwiania spraw. Do takich dziedzin należy m.in. prawo rodzinne, gdzie przepisy postępowania, działają a i owszem, tylko że niemalże za każdym razem trochę inaczej i nie do końca. Oficjalne wytłumaczenie to takie, że nad wszystkim unosi się naczelna zasada prawa rodzinnego – dobro dziecka. Moje osobiste odczucie zaś idzie w kierunku, że trudno o dziedzinę prawa bardziej naładowaną emocjami, gdzie sędziowie próbują ogarnąć to tak jak się da, opierając się głownie na swoich odczuciach.

Na przykład taka sytuacja – klientka porzucona przez męża, ten ucieka z kochanką i przez jakieś pół roku nie daje znaku życia ani zainteresowania potomstwem. Kiedy pan dojrzał sobie do złożenia pozwu rozwodowego to pełnomocnik uświadomił go, że co prawda władza rodzicielska, kontakty i alimenty to niby oddzielne tematy ale ostatecznie im większe starania osobiste tym niższa zasądzona kwota, a poza ty, co tu dużo mówić, ktoś kto nie chce widywać się z dziećmi siłą rzeczy musi wyjść na dupka, a to sprawie nie pomoże.

Więc co kombinuje nasz pan małżonek? Za radą pełnomocnika twierdzi, że do kontaktów nie dochodziło, bo zła żona ich nie dawała, więc teraz występuje aby sąd przyznał mu bardzo szerokie, tak podchodzące pod pół na pół i to w trybie zabezpieczenia.

Nasze sądy są wolne ale w tej sytuacji muszą jednak szybko się zebrać. No i dochodzi do konfrontacji stron. Pierwszy odruch porzuconej małżonki – powiedzieć nie, bo same dzieci nie mają ochoty zobaczyć tatusia (mówimy o latoroślach już bardziej wyrośniętych, a nasz bohater do przesadnie ciepłych rodziców nie należał). Ale ona naprawdę tych kontaktów utrudniać nie chciała – no i tradycyjnie – Panie mecenasie co robić?

W tym momencie z pomocą przychodzą wschodnie sztuki walki. Znaczy się nie będziemy okładać przeciwnej strony procesu w stylu Brusa Lee tylko wykorzystamy jego własny cios przeciwko niemu samemu.

Sąd się pyta czy faktycznie chcemy utrudniać te kontakty, my zaprzeczamy i wyrażamy zgodę na zaproponowaną formułę, a strona przeciwna już poci się kalkulując ile to jeżdżenia, jak zaburzy to raj stworzony z nową partnerką a poza tym mój pełnomocnik mówił, że nie dadzą nawet połowy tego co chcę.

A więc po pierwsze – uważajmy czego sobie życzymy, bo jeszcze to dostaniemy i będziemy mieli za swoje, a po drugie – tak czy siak – #damyradę;-)

Tomasz Tomaszczyk

Tomasz Tomaszczyk

Specjalista prawa pracy
i prawa rodzinnego

Share on facebook
Share on linkedin
Share on twitter

Powiadom znajomych

Share on facebook
Share on linkedin
Share on twitter

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o